Megaupload włożył kij w mrowisko, są pierwsze reakcje
Korporacjom rozrywkowym puszczają już nerwy. Obojętnie, co robią (np. DRM), nie mogą wygrać z serwisem Megaupload i Megavideo na podstawie przepisów o prawach autorskich. Sięgają więc po wszystkie inne dostępne środki, aby zniszczyć te serwisy.
Przypomnijmy, że batalia Megaupload, szafki na pliki, z przemysłem rozrywkowym trwa już w Niemczech od wielu lat i póki co nie udowodniono twórcom serwisu łamania prawa.
Gdy powstał serwis do łatwego udostępniania filmów o nazwie Megavideo, na którym w dodatku można zarabiać, wiadomo było, że wściekłość korporacji osiągnie zenit.
Właściwie od 6 lat usługa miała się dosyć dobrze. Widocznie korporacje uznały, że będą w stanie w końcu wygrać z twórcami serwisu na bazie przepisów o prawie autorskim i innych. Jednak tak się nie stało i teraz stosują wszystkie inne możliwe środki, aby uprzykrzyć życie użytkownikom i twórcom serwisu.
Działania wobec serwisu podjęto w USA i Indiach. W pierwszym kraju furię wzbudził teledysk, na którym artyści chwalą swojego wroga numer jeden (przynajmniej w opinii "obrońców" ich praw). Komuś w wytwórni Universal Music klip nie spodobał się i skasował go.
Co ciekawe, według MegaUpload nie naruszał on praw autorskich. W związku z tym, twórcy wystosowali pozew do sądu w Północnej Kalifornii przeciwko wytwórni za niesłuszne skasowanie klipu. Wyroku jeszcze nie ma, ale już pojawiają się ciekawe nowiny.
Universal przyznał się, że klip nie został skasowany na mocy prawa DMCA, ale na podstawie umowy z YouTube, która pozwala Universalowi usunąć każdy film. Wyjaśniło się czemu korporacje nie zniszczyły YouTube na początku jego popularności. Z punktu widzenia wszelkiej konkurencji dla dużych wytwórni to ogromny skandal.
Okazuje się bowiem, że mogą one po prostu kasować wszystkie stwarzające dla nich zagrożenie materiały, nawet jeśli są całkowicie legalne.
Jak się okazuje, Megaupload to poważne zagrożenie dla korporacji, jeśli niewinny klip z artystami został skasowany. Wytwórnie nie chcą, aby reprezentowani przez nie artyści wypowiadali się na temat piractwa.
Niemniej, MegaUpload nie zamierza się zatrzymać i przed sądem domaga się dogłębnego wyjaśnienia relacji między YouTubem a Universalem i podstaw na jakich plik został skasowany. W toku śledztwa może wyjść więcej faktów na temat układów między popularnymi serwisami hostingowymi i wytwórniami.
Szum wokół sprawy działa na szkodę wytwórni i na korzyść MegaUpload. Teledysk obejrzało już przeszło 13 milionów internautów, a dzięki efektowi Streisand liczba ta lawinowo rośnie (chociaż teledysk nie urywa dołu pleców).
Drugim miejscem, gdzie MegaUpload ma problemy są Indie. Tam wytwórnia Reliance Enterteinment uzyskała nakaz Sądu Najwyższego na zablokowanie Megaupload (i m.in. BTjunkie) przez dostawców Internetu. Wszystko przez nowy film akcji Don 2: The King is Back. To nowoczesne widowisko łączące w sobie thriller i elementy humorystyczne klasycznego indyjskiego kina.
Do sieci wyciekła wersja w jakości DVD i wytwórnia postanowiła ukrócić świąteczne oglądanie filmu w domu i zachęcić widzów do odwiedzenia kina.
To dosyć mocny środek, aby z powodu jednego filmu blokować dostęp do plików milionom internautów, m.in. Gaurav-owi Shukla, redaktorowi AndroidOS, który korzystał z serwisu w legalnych celach.
Twórcy filmu (oprócz nadgorliwości) wykazali się też daleko idącą hipokryzją. Sami bowiem nie są bardziej święci niż piraci internetowi. Gdy przyjrzymy się historii serii "Don" okazuje się bowiem, że producent sequela to zupełnie inna wytwórnia niż pierwszej części. Podkradła ona nazwę filmu, dodała dwójkę, zatrudniła tych samych aktorów i przed sądem w sporze z Nariman Films, twórcą filmu Don 1, utrzymuje, że Don 2 nie jest sequelem.
W 2011 roku wyszła na jaw hipokryzja przemysłu rozrywkowego. Piractwo stało się częścią kultury nie tylko dla konsumentów, ale i części posłów, artystów, obrońców praw autorskich i filmowców. Kultura ta, jak każda inna zresztą, przeszkadza w zrobieniu z nas wszystkich bezmózgich konsumentów.